"I Ty Brutusie przeciwko mnie?" - chciałoby się rzec po obejrzeniu Id marcowych w reżyserii, dobrze wszystkim znanemu, George'a Clooneya. Clooney ima się ostatnimi czasy reżyserii filmowej z ciekawym skutkiem. Powiem szczerze, że chętnie obserwuje jego rozwój w tej dziedzinie sztuki filmowej, jak i w aktorstwie (dosłownie: OBSERWUJE, bo jest na kogo popatrzeć). Jest interesującą postacią na tle wszystkich młodych celebrytów (czekam na wiadomość, że Paris Hilton reżyseruje film o Drugiej Wojnie Światowej. Serio, wszystko się może wydarzyć).
Przejdźmy zatem do filmu. Został on nakręcony na podstawie sztuki teatralnej Farragut North Beau Willimona i muszę przyznać, że niektóre dialogi "zalatują" mi bardziej przedstawieniem teatralnym, niż filmem. Czy jest to wada? Nie powiedziałabym. Ciekawy zabieg. Idy marcowe to historia młodego człowieka pracującego w sztabie wyborczym pewnego polityka. Owy młody człowiek (grany przez Ryana Goslinga - przepraszam, jest przystojny, ale ja się nim nie zachwycam) ma głowę pełną ideałów, nadziei i wiary w człowieka dla którego pracuje, jednak polityka, jak to polityka, w końcu i przed nim odkrywa swoje prawdziwe oblicze i odciska piętno na jego wartościach moralnych i zachowaniu względem innych.
Dla mnie film nie jest niczym odkrywczym, nie prawi o prawdach, które są głęboko ukryte. Powszechną (aczkolwiek akceptowaną myślę) wiedzą jest to, że polityka szczerą nie jest i wszystko co widzimy, słyszymy, jest świetnie wyreżyserowanym spektaklem by zaspokoić nasze potrzeby bezpieczeństwa i wiary w lepszy świat, zmiany. Osobiście, nie zaszokował mnie, nie poruszył. Idy marcowe są filmem dobrym, ale nie poruszającym. W kinie zobaczyłam go wczoraj, jednak, pomimo moich zamiarów, nie napisałam o nim tuż po przyjściu do domu, a to dlatego, że musiałam się zastanowić, czy mi się on tak naprawdę nie podobał. Dlaczego nie podobał? Ponieważ wyszłam z sali niezaspokojona. Szczerze mówiąc, oczekiwałam jakiejś sensacji, jakiegoś większego napięcia. Dostałam w zamian, jak później doszłam do wniosku, film bardziej psychologiczny niż sensacyjny. Może nie "psychologiczny" w artystycznym tego słowa znaczeniu, ale treściowym, na pewno. Jest to film o człowieku, który jest każdym z nas. Jest o przemianie, jaka zachodzi w społeczeństwie, w każdej jednostce, wraz z dorastaniem, ze zdobywaniem wiedzy, której niekoniecznie chciałoby się zyskać.
Czy warto zyskać wiedzę o tym filmie, idąc na niego do kina? Myślę, że tak, choćby po to, by mieć podstawę do jego krytyki/pochwał (niepotrzebne skreślić).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz