czwartek, 1 marca 2012

Żelazna dama (2011) - Phyllida Lloyd



Filmy biograficzne mają to do siebie, że często są swoistą "spowiedzią" człowieka, który jest ich głównym bohaterem. Ich główny wątek obraca się wokół pytań typu: "co można by było zrobić inaczej?", "czy dobrze postąpiłem?", "czy dobrze przeżyłem swoje życie?". To niezwykle melodramatyczny gatunek filmowy, który niestety często mnie nudzi i irytuje. Przy tym filmie jest lepiej, choć i tak nie do końca bardzo dobrze. 
Żelazna dama, jak pewnie wszyscy dobrze wiedzą, jest to film biograficzny przedstawiający życie pani premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher. W roli głównej wystąpiła Meryl Streep, która zachwyciła mnie swoją grą (podobno na planie filmowym denerwowała całą ekipę tym, że w przerwach pomiędzy ujęciami bezustannie naśladowała gesty, ton głosu czy sposób mówienia swojej postaci). W pewnym momencie zapomniałam, że widzę, nie panią Thatcher, a aktorkę ją grającą. Obejrzenie tego filmu przekonało mnie, że Oscar, który niedawno został jej przyznany, jest nagrodą w 100% zasłużoną (a byłam zdecydowaną zwolenniczką Violi Davis). 


Co powinnam jeszcze napisać o tym filmie? Z pewnością warty obejrzenia (choćby ze względu na Streep), jednak nie jest to arcydzieło. Chociaż jego idea i motyw przewodni, który z niego wywnioskowałam jest bez wątpienia świetny, to wykonanie i reżyseria nieco kuleją. Podzieliłabym ten film na dwie części: pierwszą - dobrą oraz drugą - gdzie reżyser się porządnie zgubił. Druga część filmu jest bardzo chaotyczna i nijak się ma do całości. 

Film jest monologiem wewnętrznym kobiety, która całe swoje życie musiała podejmować trudne decyzje dotyczące życia małżeńskiego, wychowawczego, społecznego, musiała decydować o kraju, na którego czele stała. Najtrudniejszą jednak decyzją, z którą musiała się zmierzyć była decyzja o własnych uczuciach, własnym wnętrzu i zdrowiu psychicznym. Musiała po raz kolejny wybrać wariant, który uratował coś lub kogoś (w tym wypadku ją samą), choć opcja ta była trudna do podjęcia.

Z pewnością jest to film intrygujący, a jest taki za sprawą wyższego levelu filmu, który to powoduje, że filmy są takie niesamowite i magiczne. Niestety nieco brakuje mu ze strony reżyserii, strony technicznej. Być może twórcy powinni się poduczyć od bohaterki swojego filmu, by podejmować pewne, stanowcze decyzję i nie zadowalać się kompromisami.

czwartek, 16 lutego 2012

Idy marcowe (2011) - George Clooney



"I Ty Brutusie przeciwko mnie?" - chciałoby się rzec po obejrzeniu Id marcowych w reżyserii, dobrze wszystkim znanemu, George'a Clooneya. Clooney ima się ostatnimi czasy reżyserii filmowej z ciekawym skutkiem. Powiem szczerze, że chętnie obserwuje jego rozwój w tej dziedzinie sztuki filmowej, jak i w aktorstwie (dosłownie: OBSERWUJE, bo jest na kogo popatrzeć). Jest interesującą postacią na tle wszystkich młodych celebrytów (czekam na wiadomość, że Paris Hilton reżyseruje film o Drugiej Wojnie Światowej. Serio, wszystko się może wydarzyć). 

Przejdźmy zatem do filmu. Został on nakręcony na podstawie sztuki teatralnej Farragut North Beau Willimona i muszę przyznać, że niektóre dialogi "zalatują" mi bardziej przedstawieniem teatralnym, niż filmem. Czy jest to wada? Nie powiedziałabym. Ciekawy zabieg. Idy marcowe to historia młodego człowieka pracującego w sztabie wyborczym pewnego polityka. Owy młody człowiek (grany przez Ryana Goslinga - przepraszam, jest przystojny, ale ja się nim nie zachwycam) ma głowę pełną ideałów, nadziei i wiary w człowieka dla którego pracuje, jednak polityka, jak to polityka, w końcu i przed nim odkrywa swoje prawdziwe oblicze i odciska piętno na jego wartościach moralnych i zachowaniu względem innych. 

Dla mnie film nie jest niczym odkrywczym, nie prawi o prawdach, które są głęboko ukryte. Powszechną (aczkolwiek akceptowaną myślę) wiedzą jest to, że polityka szczerą nie jest i wszystko co widzimy, słyszymy, jest świetnie wyreżyserowanym spektaklem by zaspokoić nasze potrzeby bezpieczeństwa i wiary w lepszy świat, zmiany. Osobiście, nie zaszokował mnie, nie poruszył. Idy marcowe są filmem dobrym, ale nie poruszającym. W kinie zobaczyłam go wczoraj, jednak, pomimo moich zamiarów, nie napisałam o nim tuż po przyjściu do domu, a to dlatego, że musiałam się zastanowić, czy mi się on tak naprawdę nie podobał. Dlaczego nie podobał? Ponieważ wyszłam z sali niezaspokojona. Szczerze mówiąc, oczekiwałam jakiejś sensacji, jakiegoś większego napięcia. Dostałam w zamian, jak później doszłam do wniosku, film bardziej psychologiczny niż sensacyjny. Może nie "psychologiczny" w artystycznym tego słowa znaczeniu, ale treściowym, na pewno. Jest to film o człowieku, który jest każdym z nas. Jest o przemianie, jaka zachodzi w społeczeństwie, w każdej jednostce, wraz z dorastaniem, ze zdobywaniem wiedzy, której niekoniecznie chciałoby się zyskać. 

Czy warto zyskać wiedzę o tym filmie, idąc na niego do kina? Myślę, że tak, choćby po to, by mieć podstawę do jego krytyki/pochwał (niepotrzebne skreślić).

środa, 15 lutego 2012

Plotkara S05E15



Walentynki. Dla niektórych dzień cudowny, wypełniony różami i czekoladkami w kształcie serduszek. Dla innych prawdziwa udręka i ból głowy od nadmiaru ozdóbek i słodyczy w powietrzu. Dla przemysłu filmowo-telewizyjnego, idealna okazja by urozmaicić tło dla głównych wątków w serialach czy filmach.
Odcinek Crazy Cupid Love idealnie się sprawdzi dla drugiej kategorii ludzi, którzy Walentynek nienawidzą, albowiem nie znajdziemy w nim krzty udanego romansu, wszystko właściwie się wali, a jedyna okazja, dzięki której te Walentynki na Upper East Side byłyby chociaż trochę udane nie zostaje nam pokazana, a jedynie zakomunikowana, chodzi mi o związek Lili i Rufusa.

Poza tym, w tym odcinku więcej dramy, więcej Georginy (nad czym ubolewam, bo jej nie lubię i nie dlatego, że ciągle mąci w serialu, ale ponieważ nie lubię grającej jej aktorki) i więcej rozwijających się wątków, a to wszystko w luźnym klimacie tym razem. Czasami mi się wydaje, że Plotkara ma dwa typy odcinków: 1. mroczne, tajemnicze, do bólu smutne i 2. luźne, pełne intryg, śmieszne, eleganckie. Odcinek Crazy Cupid Love należy właśnie do tej drugiej kategorii. Dużo eleganckiej dramy.

Czekam na dalszy rozwój wątku z Blair i... no właśnie, kim? Wszyscy mówią, że ONA MUSI SKOŃCZYĆ z Chuckiem, ale ja nie jestem tego taka pewna. Z pewnością chciałabym, żeby tak było, ale zostawiam mój umysł otwarty na inne możliwości, a nóż mnie pozytywnie zaskoczą. 



Wydaje się, jednak, że w najbliższych odcinkach raczej się nie dowiemy czegoś konkretnego na temat wątku Blair (chyba, że jej "pain in the ass", która wszędzie za nią chodzi coś zmąci), a akcja przesunie się raczej w kierunku Sereny i jej rodziny, co mnie martwi i niezbyt cieszy, ponieważ znowu będę cała zirytowana inteligencją Sereny i jej "cudownymi" minkami, "błyskotliwymi" tekstami i krótkimi spódniczkami.

Dla Was i w kosmos wysyłam kilka pytań, które mnie nurtują:
1. GDZIE JEST ERIC? Wiem, wiem, on chyba jako jedyny się uczy w tej całej ferajnie, ale nie stać go na przyjazd do domu?
2. Dlaczego Dan wygląda ostatnio jak włoski rolnik?? Te włosy... Dan, opamiętaj się.
3. Dlaczego oni wszyscy nie studiują?! To koniec ich college experience?

czwartek, 9 lutego 2012

Plotkara S05E14



Czy tylko mi się wydaje, że scenarzyści Plotkary NIE MAJĄ POMYSŁU na wątek Blair i osób towarzyszących? Moje oburzenie i wielkie litery wynikają z oczywistego faktu, że nie ma czegoś takiego jak BRAK POMYSŁU na wątek Blair albo WYPALENIE wątku Blair. To jest po prostu nie możliwe.

Plotkara jest chyba jedynym serialem, który oglądam religijnie. Kiedyś był to także House MD i wciąż jest, ale w mniejszym stopniu (zastanawiam się i zastanawiam, ale do tej pory nie wiem dlaczego, kiedyś wyznawałam housonizm). Od początku Plotkara ujmowała mnie swoją oryginalnością, różniła się od innych seriali dla nastolatek.

Ale wróćmy do recenzji ostatniego odcinka The Backup Dan. 
Czy mi się wydaje, czy to była jakaś nędzna parodia Plotkary? Naprawdę, zastanówmy się nad tym: jak Blair mogła wpaść na pomysł, żeby pojechać do jakiegoś innego kraju aby wziąć rozwód (czy jest Sereną?!), jak Blair mogła wpaść na pomysł, żeby jechać w swojej sukni ślubnej na lotnisko (czy jest Sereną?!) i dlaczego, podczas gdy Georgina mąciła, robiła zdjęcia, wpychała ludzi do szafy, DLACZEGO ONI WSZYSCY STALI I NIC NIE ROBILI?! Nie wystarczyło, nie wiem, wezwać ochrony? Wyrwać jej telefon z ręki? Albo wezwać policji gdy bezczelnie weszła do domu Waldorf'ów?



To wszystko się nie trzymało sensu, jaki wypracowała sobie Plotkara w ciągu ostatnich sezonów. Sensu, oczywiście serialowego - bogatego, rozpieszczonego, podstępnego społeczeństwa. Dla Nas, prostych ludzi, jest to bajka i fantazja, ale możemy uznać, że coś takiego może mieć miejsce, bo wszystko się trzyma kupy. W ostatnich odcinak - NIE.

Mój apel do scenarzystów Plotkary - NIE PSUJCIE ŚWIETNEGO SERIALU! Niech pnie się do góry, a nie żałośnie "wypala", proszę Was.

środa, 8 lutego 2012

Samotny mężczyzna (2009) - Tom Ford



Podobno każda kobieta powinna mieć w swoim życiu przyjaciela - geja. Przynajmniej to przekonanie zapoczątkowała Carrie Bradshaw w serialu Seks w wielkim mieście i (niestety) rozwijała w dwóch kontynuacjach filmowych. 

Otóż od 2009 roku JA TEŻ MAM PRZYJACIELA GEJA.

Ale wróćmy do poprzedniego wywodu. Gej zrozumie kobietę, choćby w kwestii wyglądu zewnętrznego mężczyzn. Łączy Nas ciągłe poszukiwanie, podziwianie, zachwycanie się męskimi zaletami. Możemy robić to na ulicy, w szkole, w pracy, w szpitalu, w sklepie. Mężczyźni są wszędzie (cóż za odkrycie). Kobiece oko może się nacieszyć widokiem także w kinie. To miejsce jest właściwie do tego idealne. Na ekranie mężczyźni są jacyś tacy lepsi, piękniejsi. Do 2009 roku wydawało mi się, że zmysłowo i niewyobrażalnie pięknie można przedstawić tylko kobietę (że niby płeć piękna). Mężczyzn także podziwiałam, ale to był raczej zachwyt ich cechami zewnętrznymi niż połączeniem tego oraz sposobu ich przedstawiania.

Myliłam się. Mój nowy przyjaciel Tom Ford pokazał, że można i można to zrobić porządnie. Samotny mężczyzna to jeden z piękniejszych filmów jakie dane mi było obejrzeć w moim krótkim życiu. Reżyser/projektant mody pokazał mężczyznę w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Przełamując schemat mężczyzny jakiego należy pokazać w filmie, stworzył postacie za pomocą rewelacyjnych aktorów, niezwykle czułych i delikatnych zdjęć i trafnego montażu. Całość współgrała nie tylko z fabułą, która jest dosyć prostolinijna, ale także (i to najważniejsze w tym filmie) z emocjami głównego bohatera. Ktoś może powiedzieć, że prosta fabuła jest tutaj wadą. Nie zgodzę się z tym, co więcej, dodam, że prosta fabuła podkreśla tutaj wagę wewnętrznych przeżyć człowieka. Cały film jest jakby monologiem bardziej-wewnętrznym głównego bohatera. Bardziej-wewnętrznym, bo dotykającym jego najciemniejszej strony, jaką jest depresja, poczucie pustki, utrata cząstki swojego serca. Pokazywanie emocji na ekranie nie jest łatwe, w tym filmie się udało. Więcej - emocje zostały pięknie ubrane (można rzec, że są marki Tom Ford), tworząc mieszankę wybuchową. 

Mam nadzieję, że reżyser nie poprzestanie na tym jednym obrazie i będzie się dalej rozwijał w swoim tempie. Życzę mu dobrze i mam przeczucie, że będzie się piął tylko w górę, ponieważ nie ma presji by tego dokonać. Ma swoje życie w przemyśle modowym, ma wyrobioną markę. Kręcenie filmów jest więc dla niego zwykłą przyjemnością. Jest artystą, co wydaje mi się, że jest rzadko spotykaną cechą współczesnych filmowców. Zaczęli traktować taśmę filmową jak narzędzie, a nie materiał z którego powinno powstać dzieło sztuki. Sztuka filmowa przestała być warsztatową, a stała się użytkową, co jest przykre. 

Dobrze, że mamy Toma Forda.